Gdy w progu lat 90 - tych reformując podstawowe zasady polskiej gospodarki - przystąpiono do prac nad zasadniczą reformą polskiego prawa ubezpieczeniowego obok innych kwestii spornych pojawił się zasadniczy dylemat : czy już w tym momencie dokonać całkowitego otwarcia polskiego rynku i umożliwić nieskrępowane wejście zagranicznych towarzystw ubezpieczeniowych czy też wprowadzić okres ochrony dla rodzimych firm, przyzwalając jedynie na ograniczony udział obcego kapitału w polskim rynku ubezpieczeniowym. Za pierwszym rozwiązaniem przemawiały różne względy; m.in. konieczność likwidacji dotychczasowego układu monopolistycznego, wprowadzenie konkurencji, dokapi t alizowanie sektora i wzbogacenie sposobów i form jego funkcjonowania zarówno w aspekcie zewnętrznym jak i wewnętrznym (organizacja, zarządzanie, gospodarka finansowa). Zwolennicy drugiej opcji podnosili najczęściej argumenty o konieczności dania szansy ro z woju polskim firmom już istniejącym i polskim przedsiębiorcom zamierzającym działać na rynku ubezpieczeniowym. Czas, w którym rodzime towarzystwa nie byłyby zmuszone do nierównej walki konkurencyjnej ze znacznie silniejszymi rywalami miał być poświęcony n a szybką rozbudowę rynku i jego okrzepnięcie, tak aby odsunięta na kilka lat pełna konfrontacja ze światem mogła odbywać się w sytuacji pewnego przynajmniej wyrównania sił.
Zwolennicy obu rozwiązań twierdzili, że kierunek przez nich wybrany stwarza korzystniejszą sytuację dla klientów. Wg zwolenników szybkiego otwarcia, oznaczało ono m.in. większy wybór ofert, powodujący nawet obniżenie składek i lepszą - bo opartą na dłuższych doświadczeniach rynkowych - obsługę. Otwarcie etapowe miało chronić rynek i klie n tów przed szokową zmianą uwarunkowań, stwarzającą nieobeznanym z realiami konkurencji i reklamy klientom zbyt trudną sytuację, mogącą tylko powierzchownie i na krótko polepszyć ich prawa.
Czasu nie cofniemy, więc nigdy z pełnym przekonaniem nie odpowiemy sobie na pytanie, kto miał wówczas rację. Obrany kierunek stopniowego wchodzenia na polski rynek towarzystw zagranicznych zaowocował skutkami lepszymi i gorszymi. Rodzime firmy i te starsze i nowsze w ogromnej większości utrzymały się na rynku i wydaje się, że najtrudniejszy okres mają już za sobą. Nie sposób przy tym nie zauważyć, że w coraz większym stopniu korzystają one z obcego kapitału, głównie poprzez finansowy udział zagranicznych towarzystw ubezpieczeniowych. Jest to zresztą zgodne z tendencjami ś w iatowymi, gdzie przepływ kapitałów powoduje iż mamy do czynienia z "umiędzynarodowieniem" firm, nie tylko zresztą ubezpieczeniowych. Ten ewolucyjny sposób pozwolił jednak na zachowanie proporcji udziału elementu rodzimego i zagranicznego na polskim rynku, wprowadzając stopniowo ten drugi bez niszczenia pierwszego; tak jak w podręcznikowym już niemal przykładzie węgierskim.
Z drugiej strony rodzi się wątpliwość, czy potrzebny był aż tak długi okres przejściowy ? Wydłużenie go nowelizacją z 8 czerwca 1995 r. aż do roku 1999, było odzwierciedleniem spowolnienia tempa przemian rynkowych, które zwłaszcza w latach 1992 - 1995 nie wywołały, także w sektorze ubezpieczeniowym, oczekiwanego wzrostu. Nasuwa się z kolei pytanie, czy następne kilka lat zostały dobrze wy k orzystane i czy jesteśmy przygotowani na pełne otwarcie ? Nie przesądzając odpowiedzi, która w pełni możliwa będzie dopiero po obserwacji i ocenie zjawisk zachodzących po 1 stycznia 1999 r., już dziś zaryzykować można tezę iż nastąpiło zjawisko znane np. s tudentom, którym udało się przełożyć trudny egzamin o kilka miesięcy : skoro jest tak wiele czasu, to na razie nie ma co się martwić ...a potem nagle okazuje się, że egzamin tuż i tak się trzeba uczyć do niego nocami i w ostatniej chwili ...
Ten przykład przywołałem dlatego, iż uważam, że można było przygotować się do tego trudnego egzaminu i lepiej i szybciej. Nie oznacza to jednak, że stajemy wobec roku 1999 nieświadomi i bezbronni. Wieloletnia współpraca z zagranicznymi i to renomowanymi firmami zaznajo m iła polskich ubezpieczeniowców z normami, zwyczajami i sposobami działania panującymi na Zachodzie. Polscy konsumenci produktów ubezpieczeniowych również nie są już tak bezbronni wobec reklamy i pięknych kolorowych opakowań różnorakich zagranicznych produ k tów, tak jak to było na przełomie lat 80 - tych i 90 - tych; znają ponadto blaski i cienie rynku i występujących na nim towarzystw.
Duże znaczenie będzie miał ostateczny kształt nowelizacji ustawy o działalności ubezpieczeniowej przygotowanej przy szerokim współudziale różnych podmiotów przez Ministerstwo Finansów. Obecne brzmienie zawartych w projekcie przepisów odnoszących się do tego problemu (art. 40 - 42) stwarzają, jak się wydaje - sytuację, w której ewentualne zagrożenia będą mogły zostać wcześniej z auważone i zlikwidowane. Do tematu tego jeszcze powrócimy, gdy ostateczny kształt ustawy powstanie w trakcie prac parlamentarnych.
Z drugiej strony - mam nadzieję - iż stworzenie wspólnych płaszczyzn, zwłaszcza z rynkami Unii, wzmocni i u nas, znacznie bardziej rozwinięte tam tendencje i konkretne zasady chroniące konsumenta. Pozwolę sobie więc na zakończenie przetoczyć stwierdzenie Prof. Ewy Łętowskiej której zdaniem hasło ochrony konsumenta jest u nas często kwestionowane, gdyż "wynika z anachroniczności poglądów co do tego, jak wygląda ochrona konsumenta w nowoczesnych krajach o gospodarce rynkowej, jak jest umotywowana i jaki jest jej poziom, a także jakie poglądy w tej mierze zostały tam uznane za historycznie przebrzmiałe" [ E. Łętowska, Ochrona konsu m enta jako "public interest law" w : "Obywatel - jego wolności i prawa", Zbiór studiów przygotowanych z okazji 10 - lecia urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich, Warszawa 1998 ]. Słowa te dedykuję wszystkim tym, którzy serwują nam opisy stosunków panujących n a Zachodzie, zgodnych z rzeczywistością, tyle że sprzed kilkudziesięciu lat.